Mieczysław Patoczka

 

P A M I Ę T N I K   E M E R Y T A

 

Nowy Jork, 2005

Wydanie III poprawione i rozszerzone

 

 

 

Poświęcam swoim Synom

Autor

18 lutego, 1989 rok



 

      

Od autora:

 

Niniejszy pamiętnik powstał wyłącznie dzięki inicjatywie mego syna Jurka, za co Mu tą drogą chciałbym podziękować.  Dla wyjaśnienia sprawy, muszę zaznaczyć, że zacząłem pisać i to do “szuflady”, dopiero po przejściu na emeryturę, chcąc się wypowiedzieć na istniejące stosunki, oraz by utrwalić przeżycia z okresu lat wojny i związane z tym okresem nieprzemijające stresy.  Wyjazd obu moich synów za granicę, Jurka na stypendium naukowe do Stanów, a szczególnie Andrzeja z żoną Ewą i ukochanym (bo pierwszym!) wnukiem Adasiem do Kanady i pozostanie Ich na emigracji po ogłoszeniu stanu wojennego, nasiliły moje pisanie, ale wszystko to szło w dalszym ciągu do “szuflady”.  Nie bez znaczenia była próba zatrzymania młodszego mego syna Andrzeja z rodziną (a w szczególności małegoAdasia) przed emigracją i Jego starania wspólnego z nimi odlotu do Kanady,w czasie naszego pobytu u Nich w Paryżu (ujęte w Odyssei Rodzinnej).  Dopiero jednak inicjatywa mego syna Jurka, który te opracowania  zestawił, przygotował do druku, wydał w Nowym Yorku i przysłał mi gotowe egzemplarze, robiąc mi tym ogromnie miłą niespodziankę (wprost szok), jak również potem życzliwe przyjęcie “Pamiętnika” przez znajomych i przyjaciół, zmobilizowało mnie do opracowania drugiego wydania, zawierającego dodatkowo szereg nie ujętych w poprzednim wydaniu, oraz napisanych w międzyczasie “sprawozdań” z odbytych różnych wycieczek, (a raczej wypraw).  Szczególnie wyjątkowa była wspólna rodzinna wycieczka z kraju na “Dziki Zachód”, zorganizowana i sfinansowana przez Jurka poprzez najpiękniejsze tereny i parki narodowe Ameryki która została przez Niego przygotowana w najdrobniejszych szczegółach, tak że bez przerwy byliśmy z żoną mile zaskakiwani nieoczekiwanymi sytuacjami.  Tą drogą chciałbym jeszcze raz podziękować moim synom Jurkowi  za inicjatywę wydania, Andrzejowi za inicjatywę przy  “Odyssei”, oraz żonie Danieli za życzliwe uwagi i pomoc.


 

 

1.  ODYSSEA RODZINNA

 

1.1.  Prolog

       (Wyznanie emeryta)

 

I tak się to zaczęło!

 

     Dziwny to był roczek,

     zaczął się typowo,

     paszporty,  przyczepa,

     samochód i w drogę!

 

          Kiedy tylko słońce,

          zaczęło dogrzewać,

          dom na cztery spusty;

          “Panie Boże prowadź”!

 

                Lecz tym razem do wnuka,

                jest droga daleka,

                a z pustymi rękoma,

                przyjechać się nie da!

              

Jakieś książki, łakocie,

lecz i słów potrzeba!

 

     Tak mi rzece Babunia:

     “Niech Dziadzio pomyśli,

      może coś mądrego,

      dla wnuka się przyśni”!

 

 

 

 

            I tak się to zaczęło,

            jadąc godzinami,

            Dziadzio głowę suszył

            i bił się z myślami.

 

                 W takt szmeru silnika,

                 swe myśli dyktuje,

                 a Babcia na prędce,

                 byle gdzie spisuje.

 

Dziadzio na postoju,

przy świetle księżyca,

całe te “bazgrały”,

na papier przemycał!

 

      Jakieś dziwne slogany,

      po głowie mu plączą,

      same się składają

      i rymami trącą.

 

           Tak, to dzięki Babci,

           płaczu co niemiara,

           Dziadzio wiersze zmyślał,

           Babcia spisywała.

 

Frydman, czerwiec 1983 rok

 


 

1.2.   Do Adasia

 

Gdy trzy latka miałeś,

Babci nie widziałeś.

 

     Babusia była daleko,

     nad Rabą rzeką,

     kamyczki rzucała

     i za Adasiem płakała.

 

          Dziadzio się zlitował,

          przyczepkę szykował,

          ołówkiem postukał

          i po mapie szukał...

 

                Gdy wyprawę zgotował,

                przez Europę wędrował,

                Babcia w wozie siedziała

    bez przerwy płakała!

 

Po wielu przygodach,

długich autostradach,

przyczepka ze Skodą

do Paryża zjechała.

 

     Było tyle krzyków

     i wiele uśmiechów,

     Adasia Babusia

     nareszcie ujrzała,

 

            Co go uściskała,

            to znowu płakała!

 

Paryż, lipiec 1982 rok.

 

 


 

1.3. Wspomnienia z Paryża

 

Gdy już wszystkie wieści sobie przekazali,

wsiedli w Mercedesa i Paryż zwiedzali.

Tatuś oprowadzał, wszystko pokazywał,

z tyłu Adaś z Babcią, ciągle dokazywał.

 

      A Mamusia Ewa, o wszystkim myślała

      i po Euromarchach 1 zaopatrywała.

      I tak po kolei: Wersalu ogrody,

      Tu Plac Inwalidów i te Eifla schody...

 

            Po komnatach Luwru snuli godzinami,

            Adaś z Rodzicami przy aucie czekali.

            A wieczorną porą telefon włączali

            i z Wujciem Jureczkiem długo rozmawiali,

  

   O sprawach i sprawkach, w słynnym

   Kraka grodzie,

               o przyszłej w Kanadzie rodzinnej przygodzie...

               Tak sobie jeździli, wszystko oglądali,

               a najczęściej z Adasiem Rabę wspominali.

 

Tam bystra woda, po kamieniach toczy

i szumi i błyska, ze słońca bolą oczy.

Albo wczasy nad Białką, co w Dunajec wpada,

wśród poziomek i malin, wkoło woda sama

 

     Gdzie Adaś maleńki składał pierwsze zdania,

     a spał przy Dziadziusiu w przyczepce do rana,

     potem, wprost z okienka zrywał sam jagody,

     z powagą smakując, zerkając do wody.

 

          Teraz w obcym kraju bystro wypatruje,

           tylko Mamę i Tatę pilnie obserwuje,

           by mu w ciżby tłumie nie znikli za rogiem.

 

 

 

 

                 On nic nie rozumie, po co dalej i dalej,

                 od bliskich i kraju ciągle uciekają,

                 za spokojem i chlebem - stale coś szukają!

 

Tak zwiedzając starą metropolię świata,     

złe myśli nachodzą i chęci furiata!

A tu cudne Luwru zbiory i obrazy,

w mgle się rozpływają rygory, nakazy.

 

     Zamiast cieszyć oczy cudami Paryża,

     ciągle myśli wracają, do Polskiego krzyża!

     Jeżdżąc Mercedesem, wśród potoków ludzi,

     trudno to zrozumieć co się w sercu budzi.

 

          Za jakie grzechy, jakie przewinienia,

          tułają się po świecie Polaków nasienia?

          Najlepsze dzieci, najbystrzejsze syny,

          (a w kraju, przy korycie, same s...)

          nie mogą we własnej ziemi, zapuścić korzeni.

 

               Tak daleko od kraju, próbują na nowo

               rozpoczynać życie! (I znowu ab owo...)

               Tak to wszystko razem, z radości spotkania, 

                najniespodziewaniej, przyszły rozmyślania?!

 

  

 

 

 

 

 Lecz jeszcze przed nami, całe dwa tygodnie!

 Pojedziemy razem na wakacje “modne”.

 

                                            Budwa, sierpień 1982 rok

 

 

 

1.4. Wspólne wakacje

 

Teraz wspólna jazda, (wakacje, czy praca?)

Przez zasobne kraje Europy swobodnej,

przez granice bez granic i bez kontrolerów,

pełne dóbr wszelakich, bez żadnych problemów.

 

     Dostępne dla każdego bez przynależności,

     dla białych, czy żółtych, czy mieszanych gości.

     I znowu refleksja, jak wąż jadem truje!

     Zamiast cieszyć oczy, to w serce mi kłuje.

 

           Tylko szczebiot wnuka i jego problemy,

           ściągają na ziemię, (na której żyjemy!).

           Lepiej więc zostawić wnuka z rodzicami,

           niech swoje problemy rozwiązują sami.

 

              I tak każde pokolenie, musi wciąż na nowo,

              szukać miejsca i celu, każdy swoją drogą!

 Więc w noce bezsenne, myśli w głowie plączą

              i ręka bezsilna swędzi, na bez radę losu!

 

Jak zgłębić tajemnicę, ludzkiego istnienia

i radość i smutek, los i przeznaczenia,

a świat ma swój porządek, który się nie zmienia!

 

     Tak jadąc samotnie, Mercedesa śladem,

     z oporną przyczepą, (jak na żółwiu okrakiem),

     mogłem godzinami ciągnąć rozmyślania,

     z dala wypatrując “bliskich” poczynania,

 

          Tam wesoło gawędząc, słuchali szczebiotu,

          daremnie Wnuka odwracając, od Dziadzia widoku,

          absorbując Go  ciągle, w troskliwe pytania,

          a On wciąż do tyłu, do Dziadzia przemawiał.

  

               Te cudne biwaki, na leśnych polanach,

               spacery do rzeki, lub z piłką zabawa!

               Albo te miasteczka, w Alpejskich dolinach,

               zatłoczone mrowiem ze świata, pielgrzymów,

 

 

Sznury aut wszelakich, na przełęczy szlakach

i wąż świateł, w tunelu Świętego Bernarda!

Przy wylocie powiew śródmorskiej krainy,

coraz cieplej i parniej i wnet port Genui.

 

     Tak już niedaleko, naszej wspólnej drogi,

     do starej Florencji, gdzie rozstania trwogi.

     Tam znowu szczyty przeżyć, co krok nieprzytomne,

     jak dziedziniec “Officium”, skąd nie można odejść,

 

          Tylko siedzieć na stopniach, jak przed tym ołtarzem

          i słuchać i patrzeć i być z tłumem razem!

          Wtedy wszystkie sprawy, maleją od razu,

          do mizernych wymiarów, zwykłego obrazu,

 

               A zostaje sztuka, tylko czystej wody,

               jak prawda i piękno, niezwykłej urody.

               Orkiestra oberwańców, swawolnych muzyków,

               pałac Pittich i Strozzich i te odwiedziny,

 


 

 

 

 

 

 

Lampka wina i taniec “Princessy” dzieciny,

faktoria Cuzona, wśród wzgórz winorośli

i spotkanie przy winie, z ostatnim ze Strozzich2.

 

     Tam też, męska decyzja - krótkie pożegnania,

     kurs na port Ankona, nie ma odwołania...!

 

Ankona, październik 1982 rok


 

1.5. Rozstajne drogi

 

Kiedy los jest tak srogi i rozdzielił rodziny,

wiózł Dziadzia Babcię, w dalekie krainy,

coraz dalej od swoich, coraz dalej od kraju,

coraz dalej od bliskich, od tych co kochają!

 

    

     Za siódme góry, za morza, za rzeki...

     niech sam czas zaleczy, czerwone powieki.

     Dziadzio się zamyślał i jechał pomału,

     bo czasu miał dużo, a sił nie stawało.

 

          Coraz dalej i dalej, gaz dodawał Skodzie,

          złe myśli chce zostawić i pogubić może...?

          Tak do brzegów morza, dobili w Ankonie,

          gdzie miejsca dostali na “Słowenii” promie,

 

               By po nocy bezsennej, (tylko pod gwiazdami),

               zobaczyć Dubrownik, zlany promieniami

               wschodzącego słońca, długich cieni w wodzie,

               powspominać  przeszłość, na tej znanej drodze,

   szukać miejsca na nocleg, dać odpocząć Skodzie...

 

 

 

 

Tu po znanych już brzegach, (lecz teraz zmienionych),

wstrząsami ziemi gmachów pozbawionych,

starych prawie nie ma, nowe jakieś nowe,

chcieli szukać wspomnień i pogwarków dzieci

 

     I tak na wspomnieniach czas im szybko leci.

     A tam pewnie Adaś z swymi rodzicami,

     walizki pakuje i na “Jumbojeta” pilnie wyczekuje,

     co Go do Kanady pachnącej przerzuci,

     gdzie ich własny domek i pianino kusi...!

 

          I dopiero Budwa, cała zdruzgotana,

          strudzonych wędrowców, na noc zatrzymała,

          a ludzie przyjaźnie o wszystko pytają,

          przez co troski rozłąki szybko zanikają.

 

              Lecz gdy słońce się schowa za góry wysokie,

               wnet z ciszą nachodzą wspomnienia głębokie,

               codzienna tęsknota za czasem minionym!

 

Te czasy niedawne, tak nagle skończone,

kiedy w ferie szkolne, w te znajome strony,

z dziećmi przyjeżdżali i w przyjaciół gronie.

 

   Teraz, każda skała, lub szczegół maleńki,

   odświeża minione z przed laty włóczęgi!

   Wtedy Dziadzio, na rybki zabiera przybory:

   wędkę z żyłką, haczyki i całe przypony,

       

          A Babcia, jak tylko jedzenie zgotuje,

          łzy ukradkiem ociera, w kątach popłakuje,

          a w chwilach spokoju, przy stole zasiada,

          pisze długie listy, lub dręczy sąsiada.

  

               Zrozumieć nie może, co ich tu przywiodło,

               bez wnuka i dzieci, jak było przed laty,

               gdzie dorodne smyki, a później chłopaki,

               wokół ojca robili krzyk i zamieszanie.

 

Biegali po skałkach i kąpiąc się w morzu,

pływając w maskach pod wodą, lub ciągnąc na holu,

ponton, kajak i kuszę, lub inne cudeńka,

cały dzień do zmroku, bez przerwy maleńkiej,

 

     Wrzucali do gardeł, co się daje spożyć:

     omlet z pięciu jajek, na całą patelnię,

     papryki nadziane ryżem razem z mięsem,

     co Mama zgotuje, niekiedy ogórek,

     lub nieopatrzna ryba, zwabiona na sznurek!

 

          Albo te konkursy młodych obżarciuchów!

          Dla ich dokarmiania i zapadłych brzuchów,

          wszystkie ich zamówienia, były wlot spełniane

          i skrzynkami brzoskwiń zaraz nagradzane.

 

               Dla Mamy ich życzenia, były rzeczą świętą!

               Takie były czasy!  - Teraz, pachnie miętą!

 

Woził Dziadziuś Babcię, na tej swojej Skodzie

i po autostradach i po koziej drodze,

po pięknych zatokach i górskich ostępach,

aż Skoda do przyczepki: “Ale nas zamęcza”!

 

     Nie chce Dziadzio opuścić, nic z pięknej krainy!

     (Jak w rodzinnym kraju, “dzielne” partii syny!)

     Lecz droga daleka, pełno spraw po drodze,

     jedzie Skoda jedzie, dojechać nie może,

 

         

 

 

Do beztroskiej Grecji, - gdzie złociste morze,

troski i nostalgie, kąpać w czystej wodzie!

Lecz już coraz bliżej, znajome już drogi.

            Teraz każdy zakręt, wspomnienia przywodzi.

 

               Tutaj, stały biwak, na dzikiej polanie,

               gdzie, starzy z młodzieżą, mecze rozgrywali,

               wieczorem przy księżycu, z gitarą śpiewali.

 

Wszystko dziś nie realne, wspomnień mgłą spowite,

zatraciło sens w czasie, gdzieś na dnie ukryte,

nabiera nowe wymiary i nowe też znaczenia,

a droga przed nami, coraz to się zmienia.

 

     Zamiast dzikich odłogów, nowe stoją domy,

     przyczepka hamuje te nasze zapędy,

     którędy jest bliżej i mniej strome skręty.

     Ręce kierownicą kręcą bez ustanku,

     a nogi na pedałach skaczą jak przy tańcu.

 

          Długo nie zapomni, Dziadzio swej przygody,

          jak korbą od przyczepy, bronił nocą Skody!!!

 

                (Gdy półnadzy “zbóje”, z albańskiej granicy,

                na Kosowym Polu, koło Mitrownicy,

                bagaże ściągali z dachu śpiącej Skody,

                do lasu przenosząc, gdzie mieli podwody)!

 

Skacząc po kamieniach, but na lewej, prawy,

ręką podtrzymując spodnie od piżamy,

wywijał korbą, jak mieczem, nad głowami cieni,

by zmusić do ucieczki te uparte hieny!

 

     Pocieszny to był widok!...Babcia przy drzwiach stała,

     gdy cień się pokazał, siekierką machała,

     ale jak się zbliżał,...zaraz się chowała!

 

          Dziadziuś, zamiast nocą snu słodko zażywać,

          musiał przyczajony w ciszę się wsłuchiwać,

          łowić odgłos nocy i wytężać oczy,

          by zbójcom przyczajonym, nie dać się zaskoczyć!

 

               Lecz na nasze szczęście droga pojaśniała,

               ciężarówka z ludźmi szybko się zbliżała.

               Sytuacja nagle inna, zaraz wszystko zmienia,

               zaspany milicjant i szofer, kiedy wyszli z cienia

  wystarczyła na szybką rejteradę cieni.

 

Tylko stukot nóg bosych, biegnących po ziemi,

tylko łupy porzucone, wśród lasu zieleni,

dały powód do dumy, rozbudzonej “władzy”,

tak więc “pod opieką”, wieś tę opuszczamy!

  

     Szybko przejeżdżamy niegościnne drogi,

     dwie granice, Kulatę i Salonik tłoki,

     by poczuć powiew morza rozległego,

     bez ciżby tłumu, gwaru wszelakiego.

 

          Tutaj złoty piasek i fala gorąca,

          są oliwki cieniste i woda szumiąca.

          A nad nami lazur nieba błękitnego,

          na którym bez przerwy od rana do nocy,

          rozpalone słońce świeci i migoce.

 

               Zaraz tu inaczej! Serce mocniej stuka,

               patrzy wokół radośnie i przyjaciół szuka!

           

                                                        Subotica, 14 październik 1982 rok

 

 


 

1.6. Zatoki Sitonii

 

Gdzie Sitonii3 zatoki rozległe przestrzenie,

gdzie gaje oliwne, a w nich z rzadka cienie,

z boku tam, tablica na parkingu stała

i wszystkim przejezdnym nazwę obwieszczała:

 

     “Joanis Beach4 - tak ją tu nazwano.

     Miłe to skojarzenia, na myśl nasuwało.

     Rzut oka na plażę z wysokiego brzegu,

     oliwkowe wzgórza, turystów niewielu.

       

          Choć do Joanisa “naszego” jazdy już niewiele,

          tu pył wędrówki nam zostawić trzeba,

          wyprostować nogi i przymknąć powieki

          bez przerwy przywiązane, do wstęg dróg dalekich,

 

                Do zakrętów nagłych, podjazdów wysokich,

                by omijać pułapki, niebezpieczeństw srogich.

 

Joanis! - On sam pasał kozy, stado blisko dwieście,

z drugiej strony Sitonii - sam żył w Satri mieście,

gdzie rodzina cała, żona Katarina, co “la, la” śpiewała,

gdy On doił kozy, lub spędzał na leże.

Syn - strażnik ogniowy, co wybrzeża strzeże.

 

     Joanis teraz daleko, w wąwozie, ma swoje wypasy,

     na noc schodzi w zatokę, od dzikiego zwierza,

     z jednej strony stok stromy, z drugiej morza brzegi,

     cztery psy duże, muł, namiot do osłony,

     z zapasami jadła, w czas deszczowej pory.

 

 

 

 

          Tam On czeka na nas, jak zeszłej jesieni,

          by w bezludnych plażach, wieczory długimi,

          rozprawiając o wszystkim co ślina przyniesie,

          sącząc wino lub kawę, gdy kozy posnęły.

 

               Tam psy głos dawały, w ciemną nocy ciszę,

               niosąc echo wysoko, aż po same szczyty,

               zwierza dzikie płosząc, co chodzi stronami.

 

Iskry z ognia szły w górę, przy księżyca blasku,

ciche szmery fali, w błyskach “stąpanego” 5 piasku,      

kąpiele przy księżycu, na lustrzanej tafli,

 

     Bez jednej choćby zmarszczki i poszumu fali,

     tylko skoki rybek, od czasu do czasu,

     płoszonych przez drapieżców, głębin morza władców!

 

          Często tak aż do rana, gdy błyskały zorze,

          słuchaliśmy śpiewów i tańców nad morzem,

          popijając winem pieczone suwlaki,

          lub żarem przysypane, rodzime ziemniaki.

 

                Młodzież  tessalska, co w niedzielne wczasy,

                zjeżdżała nad zatokę, na morskie biwaki,

                we dnie łowiąc ryby i kąpiąc się w morzu,

                by nocą na piasku zasypiać w śpiworze,

 

Lub tańcami do rana przy śpiewnej muzyce,

wesoło hasać jak bezgrzeszne dzieci!

Takie to przypomnienia, na myśl mi wracały,

gdy tylko odpoczniemy, zaraz w drogę dalej.

 

     Niestety, tego nie wiedziałem, gdy się zatrzymałem,

     że w przewiewnym cieniu, przy nadmorskiej fali,

     wkrótce mowę usłyszę śpiewną i jakby znajomą

     podobnych samotników z wrocławskiego grodu,

 

          Szukających tu ciepła, no i zapomnienia

          - chcących uciec od tego, od czego się nie da,

          od swojego losu!  Złudne to nadzieje!

 

               Tymczasem woda czeka i piasek się grzeje.

               Lecz, gdy tylko członki wymoczone w

   wodzie spoczęły

               w cieniu, daremno wzywały obowiązków moce,

               żadna nas teraz siła do drogi nie zmusi!

 

Tylko chłód nocy, przy księżyca blasku,

tylko rozmyślania, do białego brzasku,

Zaraz też długie, rodaków rozmowy:

O sprawach przyziemnych, tak zwanych “bytowych”,

 

     Potem flaszka wina, lub kropla mocniejsza,

     by język rozwiązać i dobrać do “mięsa”!

     Pani władczo Pana, trzyma pod “obcasem”!

     A On tylko: Janisiu! - (Od czasu do czasu ).

 

          W wodzie Ją popycha, (leżącą na fali),

          na brzegu osłania od słońca, (z oddali). 

          Obiad gdy zgotuje, to zmywa naczynia,   

          (takiej to udręki, nikt by nie wytrzymał!),

 

               On tylko pokornie, w oczy Jej się łasi,

               by Go nie zganiła, - (niech to porwą kaci!).

               Gdy się tylko oddali, cokolwiek od brzegu,

               zaraz do raportu! - (Mój panie kolego!)

 

W nagrodę - piękna tunika na Jej starcze ciało,

i coraz coś